Gorąco. Bardzo, bardzo, bardzo gorąco. Był to taki rodzaj gorąca, jakiego w życiu nie odczułem. Ogień trawił wszystko co mógł. Wszystko, co spotkał na swojej drodze. Wystarczyła mała iskra...
Sebastien wybrał właśnie mnie, abym mu pomógł. To on zaprószył ogień, a ja miałem ich wyprowadzić. Po wszystkim mieliśmy się spotkać w umówionym miejscu. Miałem ich wyprowadzić. Wszystkich razem z Doną. Tylko Dony tu nie było.
- Joseph, chodźmy już...- powiedziała Angela.
- Ale... - chciałem coś odpowiedzieć.
- Dobrze wiesz, że on się nią zaopiekuje.
- Może coś się stało? Coś poszło niezgodnie z planem?
- Idźmy już. Nie mamy czasu. Powinniśmy być już daleko stąd, a wciąż tu tkwimy.
Nikt nie chciał mi się sprzeciwić, jednak w milczeniu kiwali głowami.
- Pójdę zobaczyć co się stało.
Na twarzy Angeli wymalował się strach.
- Joseph, nie rób tego.
Jednak ja już jej nie słuchałem. Podszedłem do Lukasa.
- Lu, liczę na Ciebie. - powiedziałem i przyłożyłem swoje czoło do jego czoła. Popatrzyłem mu prosto w oczy. - Wiesz gdzie się spotkamy.
Skinął głową.
- Pep...-zaczęła Angela.
Jednak ja już jej nie słuchałem. Nie miałem czasu. Musiałem znaleźć Donę. Ogień kąsał każdą część mojego ciała i nie mogłem już tego wytrzymać. Dym gryzł w oczy i gardło, wlatywał do nosa i uszu, a ja nie mogłem na to poradzić. Myślałem o Donie. Wbiegłem po schodach, których na szczęście nie zajął jeszcze ogień. Na szczęście były to drewniane schody. Myślałem o Donie. Kiedy wbiegłem na piętro zacząłem wołać jej imię. Wtedy gdzieś między trzaskaniem ognia usłyszałem jęk rozpaczy. Dobiegał z łazienki. Zawołałem imię Dony. Płacz na chwilę ucichł, aby za chwilę wrócić ze zdwojoną siłą. Kopniakiem wyważyłem drzwi, a tak naprawdę to co z nich zostało. Wtedy ich zobaczyłem.
...cd...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz